Każda jednostka pływająca, zanim opuści suchy dok i wyruszy na podbój mórz i oceanów, czy chociażby na podbój naszych lokalnych jezior i rzek, musi zostać w uroczysty sposób włączona do wodnej wspólnoty. – Trzeba ją oczyści z grzechów, których się nabawiła w stoczni – uśmiecha się Stanisław Król, kapitan jednego ze statków na Helu –
Dodatkowo, statek zyskuje też imię. Taki iście uroczysty rytuał nosi nazwę chrztu, a szerzej jest znany jako rozbicie o poszycie dziobu butelki szampana.
Pierwsze wzmianki o uroczystym nadaniu imienia jednostce pływającej są datowane na rok 2100 p.n.e. Dotyczą one ceremonii związanej z wodowaniem królewskiego statku na Nilu. Przez większość czasu tradycja ta miała charakter religijny. Człowiek zdany na łaskę żywiołu powierzał statek i związany z nim swój los bóstwu lub bogu.

Fot.: Wodowanie i chrzest statku to jego oficjalne urodziny i niezwykle uroczysty moment.
W zależności od danej kultury ceremonia ta miała charakter biesiad lub krwawych obrządków. Taką ceremonię urządzali np. Wikingowie swym drakkarom. Podczas wodowania schodzący na wodę okręt łamał karki niewolnikom, którzy według wierzeń Wikingów mieli w ten sposób przekazywać swą siłę stępce łodzi.
Z czasem zastąpiono ten obyczaj na inny, polegającym na spuszczeniu drakkaru po pochylni, na której ustawiane były gliniane naczynia wypełnione krwią zwierzęcą.
W Anglii chrztu morskiego dokonywał król lub wyznaczony przez niego wysoki urzędnik wznoszący toast winem w złotym lub srebrnym pucharze, wyrzucanym następnie za burtę. W XVII wieku ze względów oszczędnościowych postanowiono rozbijać o dziób okrętu butelkę z winem. Wiek później zwyczaj ten przyjęli także Francuzi.
W Stanach Zjednoczonych podczas prohibicji wino zastąpiono wodą. Po jej zakończeniu w 1933 roku zaczęto do tego celu używać szampana. Zwyczaj ten rozpowszechnił się na większość państw współczesnego świata i trwa po dziś dzień.
